Jestem grabarzem. Może to nie brzmi nobilitująco, ale ja swoją pracę szanuję. To nie tylko o kopaniu. To o godnym zakończeniu. O precyzji, ciszy i szacunku. Pracuję na tym samym, małym, wiejskim cmentarzu od dwudziestu lat. Znam każdą rodzinę, każde drzewo. Moje życie toczy się w rytmie dzwonów i szelestu jesiennych liści pod butami. Jestem samotnikiem. Z wyboru. Po prostu wolę towarzystwo ciszy niż ludzi.
Ale od kilku miesięcy cisza przestała być spokojna. Stała się… ciężka. Mój pies, Brytan, staruszek, zaczął chorować. Weterynarz mówił o kosztownych badaniach, lekach. A ja, z moją skromną pensją, mogłem mu ofiarować tylko spokój i dłoń na łbie, gdy się męczył. Czułem bezsilność. Człowiek, który pomaga w ostatniej drodze, nie może zapewnić swojemu przyjacielowi odrobiny komfortu na tej ziemi.
Pewnego październikowego popołudnia, po pochówku starego pana Jana, jego syn podziękował mi i wcisnął mi w dłoń banknot. „Na piwo, panie Marku.” Wróciłem do swojej małej przycmentarnej chatki. Brytan leżał na swoim posłaniu, ciężko oddychając. Siedziałem przy nim, a w głowie kołatała mi się myśl: „Muszę coś zrobić. Cokolwiek.”
Wyjąłem telefon. Bezmyślnie przewijałem. Trafiłem na forum dla ludzi z małych miejscowości. Ktoś narzekał na brak rozrywek. Inny odpisał: „U nas to samo. Jak się nudzę, to odpalę czasem stronkę, szukam
vavada darmowe spiny, odpalam i klikam. Za darmo. Nic nie ryzykujesz, a masz zajęcie na pół godziny.”
Vavada darmowe spiny. Za darmo. Nic nie ryzykujesz. To brzmiało jak coś dla mnie. Nie miałem ochoty na ryzyko. Miałem ochotę na zajęcie myśli. Na coś, co nie będzie związane z ziemią, krzyżami i chorobą.
Zarejestrowałem się tego samego wieczoru. Faktycznie, dostałem te darmowe spiny. Wybrałem grę o nazwie „Eternal Garden” – „Wieczny Ogród”. Bo cmentarz to też rodzaj ogrodu. Cisną mi się do głowy takie porównania. Gra była spokojna. Symbole kwiatów, drzew, motyli. Puszczałem darmowe spiny. Nic nie wygrałem, ale patrzyłem na te cyfrowe, wiecznie rozkwitające kwiaty. To była przeciwwaga dla mojego świata.
Darmowe spiny skończyły się szybko. I wtedy stanąłem przed wyborem. Wyjść, czy… wpłacić? Brytan westchnął we śnie. Spojrzałem na niego. Wpłaciłem 150 złotych. To była kwota, którą odkładałem na jego… no, wiesz. Na spokojny koniec. Ale pomyślałem: może to znak? Może spróbuję wygrać coś dla niego?
Grałem małymi stawkami. 2 złote za spin. Moje 150 złotych topniało. 120… 90… 60… Przy 50 złotych ogarnęła mnie wściekłość. Na siebie. Co ja robię? To są pieniądze Brytana! Postanowiłem przestać. Miałem jeszcze 40 złotych. Postawiłem ostatnie 10. Jeden spin. Na pożegnanie z tym głupim pomysłem.
Kliknąłem. Bębny kręciły się wolno. Na pierwszym zatrzymała się wierzba płacząca. Na drugim – staw z liliami. Na trzecim – kamienna ławka. I wtedy, zamiast dźwięku wygranej, usłyszałem… śpiew ptaków. Prawdziwy, wielogłosowy, jak w lesie o świcie. Ekran pociemniał, a z jego boków zaczęły „wyrastać” pixelowe pnącza, owijając się wokół krawędzi. Pośrodku pojawił się napis: „SECRET GARDEN UNLOCKED” – „Tajemny Ogród odblokowany”.
Grafika zmieniła się w interaktywny ogród. Musiałem kliknąć w trzy ukryte wśród liści przedmioty: starą konewkę, skrzynkę na narzędzia i gniazdo ptaka. To nie było losowe. To było jak zagadka. Jak szukanie czegoś na starym cmentarzu. Kliknąłem w nie po kolei. Po kliknięciu w gniazdo, z gniazda wyleciał mały, świetlisty ptak. I zaczął krążyć po ekranie, a za każdym okrążeniem z jego piór opadały złote pyłki, które zamieniały się w liczby.
1000… 5000… 15 000… Ptak krążył, a liczby rosły. 30 000… 50 000… Siedziałem na twardym krześle w swojej chacie, z otwartymi ustami. To nie była wygrana. To była… ceremonia. Jakby natura sama mi coś ofiarowała. Ptak usiadł na gałęzi wirtualnej wierzby. Licznik zatrzymał się na 76 800 złotych.
Siedemdziesiąt sześć tysięcy osiemset.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było pochylenie się nad Brytanem. Pogłaskałem go po głowie. „Słuchaj, stary. Będzie lepiej” – szepnąłem. On otworzył jedno oko i lekko merdnął ogonem.
Wypłata wymagała skupienia. Zdjęcia dowodu, potwierdzenia. To było jak wypełnianie urzędowych formularzy, tylko że z pozytywnym rezultatem. Gdy pieniądze przyszły, nie czułem euforii. Czułem powagę. To był dar. Od przypadku. Od tego tajemnego ogrodu. I czułem, że muszę go użyć dobrze.
Następnego dnia pojechałem z Brytanem do specjalistycznej kliniki weterynaryjnej w mieście. Zrobiłem mu wszystkie badania. Okazało się, że to nie nowotwór, a zaawansowana, ale możliwa do opanowania, choroba serca. Wykupiliśmy leki na pół roku. Specjalną karmę. Gdy wracaliśmy, Brytan spał na tylnych siedzeniach, a ja czułem ulgę, która niemal paraliżowała.
Ale nie wydałem wszystkiego na niego. Część odłożyłem. A z reszty… pamiętacie tę kamienną ławkę z gry? Na naszym cmentarzu nie było ani jednej ławki, gdzie rodzina mogłaby usiąść w spokoju przy grobie. Zamówiłem u miejscowego kamieniarza trzy solidne, granitowe ławki. Postawiłem je w zacisznych alejkach. Bez żadnej tabliczki, bez podpisu. Po prostu stoją.
I wiecie co? Ludzie zaczęli z nich korzystać. Widuję, jak siadają, rozmawiają ze zmarłymi, płaczą, albo po prostu siedzą w ciszy. To jest lepsze niż jakikolwiek mój podpis. To jest moje „dziękuję”.
Czy gram jeszcze? Czasem. Gdy jest ciężki dzień, gdy opadają siły, otwieram stronę. Szukam
vavada darmowe spiny. Jeśli są, odpalam. Gram w „Eternal Garden”. Nie po wygraną. Po to, żeby usłyszeć ten śpiew ptaków. Dla przypomnienia, że nawet w miejscu, które jest symbolem końca, może wyrosnąć tajemny ogród. I że czasem, żeby pomóc jednemu życiu, trzeba zrobić krok w stronę zupełnej abstrakcji. A dar, który dostaniesz, możesz przenieść z powrotem do realnego świata. W postaci ławki dla zmęczonych. I tabletek dla przyjaciela, który jeszcze chce się przejść między grobami, obwąchując jesienne liście.